Z innej perspektywy - wiosenne wyzwanie blogowe ♥

Moja dziewczyna wracając z jakiegoś tam kolejnego spotkania oznajmiła mi że „Przechodzi na dietę BEZGLUTENOWĄ” bo to jakie modne teraz i fajne. Stwierdziłem no spoko, chociaż na mój „zero jedynkowy” męski rozum dieta kojarzy się zazwyczaj ze wrzuceniem wagi. Wagi? Pomyślałem, przecież przy Karolinie  wychudzona "Nasza szkapa" (bohaterka powieści) wygląda  nadzwyczaj dorodnie.


Pierwsza myśl była taka, za niespełna tydzień Święta Wielkanocne, czas gdy zazwyczaj wszystkie diety kończą się pod przeróżnymi wymówkami…. Wróć, z ważnych powodów. Dlatego przybrałem rolę biernego obserwatora ze świadomością że jeśli dieta przetrwa Święta będę bił brawa i kłaniał się nisko… nie zdążyłem. Pomysł narodził się sobotniego popołudnia, Karolina zasięgnęła rady osoby która miała jakąś tam styczność z dietami, niedziela upłynęła na intensywnym studiowaniu czym w zasadzie jest ten gluten i czemu „Hipsteriada glutenu nie jada” i gdzie go szukać żeby unikać. 
Ok, pomyślałem postąpiłem podobnie jak dnia poprzedniego udając zainteresowanie, kryjąc podkłady zażenowania, ale cóż…. Postanowiło się pomyślałem popijając Czarną Fortunę z mnóstwem glutenu, mnniaaam, chrupiąc pyszne solone paluszki  Był to dzień przygotowawczy do diety bezglutenowej, zapowiada się groźnie…

Mamy poniedziałek, czyli pierwszy dzień wielkich wyrzeczeń, moje pyszne bułeczki z wędliną stały się dla Karoliny wrogiem nr jeden! Zajadała się serkiem wiejskim, śniadanie mamy z głowy, wypadało by poczekać do obiadu, ale jak na osobę na diecie przystało trzeba było w między czasie wygrzebać z lokalnego spożywczaka wszystko co obok glutenu nawet nie stało, w tym cudowne ziemniaki zwane batatami.
Dlaczego o nich piszę? Chyba dlatego że miały największy wpływ na przebieg diety. Całe popołudnie słuchałem o ich super mega właściwościach, nakłaniany do spróbowania i przekonywany o słuszności wyżej wymienionej diety.  Byłem twardy, zagryzając wczorajsze paluszki przyglądałem się jak Karolina jest pochłonięta batatowym szaleństwem, obrała, ugotowała i je… przede mną już roztaczała się wizja powrotu do obiadów na mieście gdy nagle niepozorne słone paluszki które znalazły się w zasięgu ręki Karoliny URATOWAŁY mnie przed kolejnymi dniami diety mojej wybranki.*

*wpis powstał w ramach wiosennego wyzwania blogowego Mortycji, ponadto jest to debiut Ł. na blogu i już zapowiadam, że to tylko początek jego przygody z blogiem :)


2 komentarze:

  1. Ja od 20 lat mam to wyzwanie haha :) Nigdy nie jadłam glutenu, nawet nie wiem jak smakuje zwykły chleb :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja do glutenu problemów nie mam, więc o takiej diecie w moim przypadku nie ma mowy :)

    OdpowiedzUsuń

Jeśli blog Ci się spodobał - zaobserwuj i zostań ze mną na dłużej :)!

Copyright © 2014 minimalistKa , Blogger